Z okazji jubileuszu 20-lecia dializoterapii pacjentki Stacji Dializ Samodzielnego Publicznego Szpitala Wojewódzkiego im. Papieża Jana Pawła II w Zamościu przeprowadziliśmy rozmowę o codziennym życiu z chorobą, o sile, wytrwałości oraz znaczeniu wsparcia bliskich i personelu medycznego. To historia pokazująca, że mimo wielu trudności i przewlekłego leczenia można nadal żyć aktywnie, pracować, realizować się i nie tracić nadziei.
– Czy pamięta Pani swój pierwszy dzień dializ?
– Tak, bardzo dobrze to pamiętam. To była dializa otrzewnowa w Lublinie. Pamiętam, że było to tuż przed moimi imieninami i urodzinami. Pani doktor powiedziała wtedy, że muszę rozpocząć dializy i że za kilka dni wszystko się zacznie. Bardzo się bałam. Bałam się, jak to będzie i czy dam sobie z tym radę.
– Co było wtedy najtrudniejsze?
– Najbardziej bałam się tego, jak będzie wyglądało moje życie. Czy będę mogła pracować, normalnie funkcjonować i jak długo będę żyć. Była też nadzieja, że może uda się przeszczep, ale niestety się nie udało, pracowałam jako pielęgniarka w ośrodku zdrowia. Udało się dzięki ogromnemu wsparciu pani kierownik. Rano robiłam wymianę przed pracą, później kolejną około godziny jedenastej w pracy, a następne po powrocie do domu i wieczorem. Było tego dużo, ale dawałam radę.
– Co najbardziej pomagało Pani w tym czasie?
– Przede wszystkim rodzina. Bez rodziny chyba nie dałabym rady. Wszyscy byli zaangażowani i bardzo mnie wspierali. To życie pełne obowiązków i ograniczeń. Trudne były też wyjazdy na dializy – wracałam bardzo zmęczona i musiałam odpocząć. Do tego dochodzą ograniczenia w piciu i jedzeniu. Bywało też bardzo ciężko zdrowotnie, bo miałam stany zagrożenia życia, między innymi zator płucny i operację ginekologiczną. Choroby współistniejące sprawiły też, że nie mogłam mieć przeszczepu.
– Skąd brała Pani siłę, żeby się nie poddać?
– Zawsze myślałam o rodzinie i dzieciach. Kiedy zaczęłam dializy, miałam 42 lata, dzieci jeszcze chodziły do szkoły. Chciałam dalej pracować i pomagać im w życiu. Marzyłam też, żeby doczekać wnuków. I udało się – mam dziś pięcioro wnuków. To była i nadal jest moja największa motywacja.
– Dializy stały się częścią codziennego życia?
– Tak, wszystko jest już wypracowane i podporządkowane leczeniu. Teraz jeżdżę na pierwszą zmianę i już się do tego przyzwyczaiłam. Wtorek, czwartek i sobota to właściwie dni tylko na dializę i odpoczynek. Po zabiegu człowiek jest zmęczony i trzeba się zregenerować.
– Jak duże znaczenie ma personel stacji dializ?
– Ogromne. To bardzo ważne, żeby człowiek czuł się bezpiecznie i nie miał stresu. Tutaj personel jest bardzo miły, wszyscy się znamy, rozmawiamy też o zwykłych codziennych sprawach. Jest naprawdę dobra atmosfera. Nawet jeśli czasem lekarze nas „strofują”, bo nie zawsze człowiek trzyma dietę i wszystkich zaleceń, to nie ma strachu ani złych emocji – wiadomo, że robią to dla naszego dobra. Dlatego, mimo że mam bliżej do Krasnegostawu, wolę przyjeżdżać tutaj, bo tutaj po prostu czuję się bezpiecznie.
– Co powiedziałaby Pani osobom, które dopiero zaczynają dializoterapię i bardzo się boją?
– Sama na początku się załamałam. Człowiek myśli wtedy, że to koniec normalnego życia, a okazuje że można żyć i z czasem się do tego przyzwyczaić. Trzeba mieć w sobie wiarę i się nie poddawać, nawet kiedy jest bardzo ciężko.
– W Pani przypadku pojawiały się też bardzo trudne momenty zdrowotne…
– Tak, miałam wiele chorób współistniejących i ciężkich sytuacji. Był czas, kiedy jeździłam na wózku i nie chodziłam. Szukaliśmy pomocy w różnych miejscach, aż córka znalazła specjalistyczny ośrodek w Warszawie. Dzięki leczeniu i ogromnemu wsparciu rodziny udało się uratować nogi. Syn robił mi opatrunki w domu, a wszystko konsultowaliśmy z lekarzem. To pokazuje, jak ważna jest własna determinacja i wsparcie najbliższych.
– Czy ten jubileusz ma dla Pani szczególne znaczenie?
– Bardzo duże. To była dla mnie ogromna niespodzianka i wzruszenie, bo nigdy nie sądziłam, że przeżyję tyle lat na dializach. Kiedy zaczynałam leczenie, wydawało mi się to nieosiągalne. A jednak można żyć i nie wolno się poddawać. Widzę też, że dla innych pacjentów to jest pewnego rodzaju wsparcie i nadzieja.
– Czy to, że jest Pani pielęgniarką, pomogło Pani oswoić chorobę i leczenie?
– I tak, i nie. Już podczas praktyk w liceum medycznym najbardziej bałam się właśnie stacji dializ. Kiedy zachorowałam, byłam świadoma, co mnie czeka, dlatego może było mi nawet trudniej. Wiedziałam, na czym polega leczenie i bardzo się bałam dializ.
– A co mimo wszystko pomogło?
– Na pewno to, że byłam pielęgniarką, pomogło mi zachować dyscyplinę i pilnować wszystkich zasad leczenia. Dializa wymaga ogromnej systematyczności i odpowiedzialności. Przez dziewięć lat prowadziłam dializę otrzewnową, choć zwykle trwa to krócej. Dopiero po zapaleniu otrzewnej musiałam przejść na hemodializy.
– Mimo leczenia nadal prowadzi Pani aktywne życie rodzinne…
– Tak, normalnie prowadzę dom, gotuję dla rodziny, bo nie ma kto mnie w tym wyręczyć. A pięcioro wnuków zobowiązuje. Myślę, że właśnie wiedza medyczna i doświadczenie pielęgniarki bardzo mi pomogły to wszystko poukładać i nauczyć się z tym żyć.